Dzisiaj trochę biadolenia.
Wiecie co? Nie doszłam do wagi 56kg, a 57,8 i dzisiaj podczas biegania doznałam oświecenia. Dlaczego ja się tak katuję? Przecież nie jestem gruba, a wręcz przeciwnie - chuda.
Jak zawodniczki IFBB bikini fitness nie będę nigdy wyglądała, bo nie chcę się szprycować, poza tym pępki na wierzchu i sztuczne cycki jakoś mnie nie jarają. Tak samo jak fat na poziomie 5%.
Doszłam do wniosku, że po prostu chcę wyglądać zdrowo, z zachowaniem sportowej sylwetki. Miałam wielkie wyrzuty sumienia, gdy przekroczyłam moje zapotrzebowanie o 50kcal, myślałam cały czas o żarciu, o tym, że znowu muszę zapierdzielać na rowerze lub biegać minimum 40 minut, a to jest chore i niezdrowe i działa ?le na psychikę. Chodzę cały czas wkurzona. Poza tym, jedząc zgodnie z moim zapotrzebowaniem lub trochę ponad będę nabierała siły, bo przez tą redukcję strasznie osłabłam. Nie warto się tak ograniczać. Chyba napiszę książkę na ten temat jak ludzie sobie utrudniają życie Wyzwaniem będzie trening oraz to, żeby był bardziej efektywny, żebym rosła w siłę, nie poddawała się, trenowała całe życie. Kurcze, nie jestem kulturystką, żebym się redukowała do minimalnej ilości tłuszczu.
Będę robić to co kocham, bez utrudniania i "karania" się za to, że zjadłam o 1 kromkę chleba za dużo. To głupie. Mogę kontrolować swoją wagę bez takiego nacisku jak jest teraz.
A po siłce spoko xD